10 listopada 2014

Pokochaj siebie #1


Jednym z punktów na mojej liście 101 w 1001 (możecie przeczytać ją TU), było stworzenie serii wpisów na blogu. Zazdrościłam tego blogerkom, które prowadzą takowe od miesięcy, czy nawet lat i w sumie od początku mojej przygody z pisaniem dla was, myślałam o tym ciągle. Potem stworzyłam listę i dalej myślałam. W końcu mogę się z wami podzielić tym, co stworzyłam.
Na umilenie poniedziałków, które są dla mnie najlepszymi dniami tygodnia, będę wrzucać wpisy o tym, jak dobrze poczuć się z sobą. Każdy zawierać będzie jedną radę, którą wcieliłam w życie, sprawdziłam i którą szczerze mogę wam polecić. Nie wiem, czy ktoś z tego skorzysta, ale może znajdzie się choć jedna takowa osoba.

Dzisiejszy wpis dotyczy kosmetyków.

Kiedyś nie używałam ich prawie w ogóle. Ciągle coś pojawiało mi się na twarzy, miałam suchą skórę i ogólnie narzekałam na wszystko, co można było zwalczyć dbając odpowiednio o siebie. Ale po co to robić? Mijały miesiące, aż w końcu stwierdziłam, że trzeba coś z sobą zrobić. Przecież nie będę całe życie wyglądać jak jakieś nie-wiadomo-co.

Dlatego zaczęłam pracę w Oriflamie. Od tej pory zaczęłam też używać ich kosmetyków (ale też innych firm), z których jestem naprawdę zadowolona. Po roku używania niektórych z nich, a niektórych krócej, mogę stwierdzić, które są moimi faworytami. Zauważyłam też, że poprawia się wygląd mojej skóry, cery i ogólne samopoczucie. Wszystko to zmieniało się na lepsze! W sumie wciąż się zmienia.

Jeszcze nie czuję się całkiem dobrze patrząc na siebie w lustrze, ale jest zdecydowanie lepiej. Nigdy nie lubiłam mojej tłustej cery, ale też w sumie nie robiłam nic, żeby się nie świecić. Od roku używam pudrów matujących i z radością pokazuję się ludziom. Już nie widać nadmiaru oleju (bo jak to inaczej nazwać?) na mojej twarzy.

Używam wszelakich kremów. Do stóp, ciała, rąk, twarzy. Każdego z nim z taką samą radością. Uwielbiam przeglądać półki sklepowe, czy katalogi w poszukiwaniu kolejnych faworytów. Aktualnie mam 4 kremy, a każdy z nich o innym zapachu: miodowy, figowy z lawendą, morelowy oraz wiśniowy. Każdy z nich kocham tak samo i nie wyobrażam sobie bez nich dnia, a pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu miałam to gdzieś.

Zaczęłam dbać o cerę. Poszukałam parę rad i teraz zamiast wody (lub nie), goszczą u mnie kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji tej części mojego ciała. Wypróbowałam już różne toniki, krem, żel do mycia twarzy, mleczka oczyszczające. Teraz mam mniej niedoskonałości na twarzy i ogólnie umiem sobie z nimi poradzić, więc zaczęłam się w pewnym stopniu sobie podobać.

I na koniec. Peelingi. Pokochałam je od pierwszego użycia. Zużyłam już trzy do ciała i jeden do twarzy. Uwielbiam gładką skórę, a tego nie osiągnę zwykłym żelem. Dlatego tylko czekam, by użyć ich kolejny raz, bo pozwalam sobie na nie tylko dwa razy w tygodniu – nie chcę zaszkodzić mojej skórze.

A wy macie swoich ulubieńców? Czy czujecie się lepiej, odkąd ich używacie? Jeśli tak, gratuluję, jesteście o krok bliżej do zaakceptowania i pokochania siebie oraz poczucia się dobrze w swojej skórze. A jeśli nie, cóż, macie jeszcze czas, ale spróbujcie poszukać, bo warto!

6 komentarzy:

  1. "Już nie widać nadmiaru oleju (bo jak to inaczej nazwać?) na mojej twarzy." To sebum :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze też mam jakąś suchą skórę, wynika to głównie z tego, że nigdy nie chce mi się poświęcić czasu na zadbanie o nią :( Masz może jakąś poradę na takie właśnie lenistwo? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na pewno coś się znajdzie, muszę tylko nad tym pomyśleć ;)

      Usuń
  3. Trzeba dbać o siebie ;) ja też się staram chociaz nie jestem i tak do końca zadowolona ze swojego wyglądu ;)

    OdpowiedzUsuń