16 kwietnia 2015

Rutyna?


Chyba nikt z nas jej nie lubi. Każdy przed nią ucieka. Zbyt szybko się nudzi, zbyt szybko staje się nieprzyjemna. Czasem jest jednak konieczna. A czasem kompletnie zbędna. Czym jest dla mnie "rutyna"? 

Rutyna jest dla mnie przyzwyczajeniem. Dzięki niej potrafię nauczyć się jakiejś czynności, wyrobić sobie nawyk, przyzwyczaić się do pracy w danym dniu. Dzięki niej też potrafię się zanudzić, zniechęcić, odpuścić. Dlatego ważne jest dla mnie, by w rutynę popadać tylko wtedy, gdy jest to konieczne. 

Kiedy najlepiej z góry zaplanować czas? 
Według mnie najlepiej planować sobie naukę. Mózg po jakimś czasie przyzwyczaja się do nauki w określony dzień i o określonej porze, dzięki czemu łatwiej nam się uczy, szybciej przyswajamy sobie informacje. Dlatego mój domowy plan lekcji mam z góry zaplanowany na cały miesiąc. Nie mieszam już języków ze sobą, nie robię codziennie tego samego. 
Szczerze powiedziawszy nawet w takiej rutynie da się znaleźć coś ciekawego, co ją trochę przybarwi. Może i mam z góry zaplanowane, czego uczę się w jaki dzień, ale nie mam zapisane nigdzie, jak to będę robić. Dlatego czasem robię sobie fiszki, czasem pisze opowiadania w obcym języku, żeby się nauczyć słówek (o tej metodzie napiszę więcej innym razem), uczę się gramatyki z książki, robię ćwiczenia... i wiele, wiele innych. Także moja rutyna wcale taka smętna nie jest. 
W takim planowaniu czasu chodzi o powtarzanie czynności w taki sam dzień. Czyli, np. w poniedziałki niemiecki, we wtorku angielski. I tak dalej. Uwzględniam tę różnicę, ponieważ za chwilę napiszę o innym rodzaju planowania, który właśnie tym szczegółem się różni. 

Kiedy najlepiej zaplanować coś "inaczej"? 
Co mam na myśli? Planuję sobie dzień, w który będę coś robić, ale nie powtarzam potem czynności A w dzień 1. tylko powiedzmy w 5. Przykładowo: Rozciąganie robię we wtorek, potem w sobotę, środę, niedzielę itd. W wolne miejsca mam wrzuconą jogę. 
Można to nazwać planowaniem, bo owszem, mam zapisaną rozpiskę na miesiąc, ale nie powtarzam za każdym razem tego samego w ten sam dzień. Dla mnie jest to coś ciekawego, ponieważ mam różne połączenia, różne dni, różne przerwy. A do tego nie robię czynności za każdym razem tak samo. 
Zastosowałam tę metodę do ćwiczeń, ponieważ nie lubię zawsze wiedzieć od razu, że we wtorki biegam. Wolę spoglądać co dzień na kartkę i widzieć, że ooo tym razem ćwiczę na nogi. 

A brak rutyny? 
Są takie rzeczy, których nie trzeba planować, które same wchodzą w nawyk. Dla mnie jest to, np. blogowanie. Muszę mieć pomysł, żeby coś napisać. Dlatego nie mogę powiedzieć, ze pisze w poniedziałki o 17:28, bo co jeśli będę miała pomysł w  niedzielę? Stracę go? 
Tak samo z czytaniem, choć staram się czytać minimum określoną liczbę stron dziennie. 
DIY, pisanie opowiadań, rysowanie, dodatkowe czynności jakie tylko wpadną do głowy także nie wymagają rutyny. Innymi słowy w sumie chodzi tu bardziej o pasje. 

A wy macie swoje rutyny czy żyjecie bez nich? 

2 komentarze: