29 czerwca 2016

Zwolnij...


Żyjemy w świecie, gdzie robi się na ilość, nie na jakość. Byle szybciej. Byle więcej. Byle lepiej od innych, ale nie do końca najlepiej na nasze możliwości. Na wszystko poświęcamy minimum uwagi. Nie skupiamy się. Nie staramy. Bo po co? Ważne, że ilość się zgadza prawda? 


Tworząc coraz to dłuższe listy zadań do wykonania każdego dnia, doszłam do wniosku, że przyśpieszam coraz bardziej. Obiecuję sobie każdego dnia, że tylko nadrobię wszystko i w końcu zwolnię. Okłamuję tym siebie, bo w efekcie i tak nie zwalniam, a zamiast tego... przyśpieszam jeszcze bardziej. Wiem, że nie ma to sensu. W końcu się przemęczę. I rzucę wszystko. Po czym wrócę i będę chciała to wszystko nadrobić. I tak się koło zamyka. Błędne koło, oczywiście. 



Czy nie chciałabym czegoś zmienić? Jak już mówiłam, wiele razy chciałam. I wiele razy mi nie wychodziło. Zauważyłam już dawno, że zmiany nie przychodzą same i nie wkraczają do naszego życia od zaraz. Trzeba im bardzo mocno pomagać, poświęcić wiele czasu. Ale przede wszystkim trzeba ich bardzo chcieć. A ja chcę. Tylko, co mi po tym, skoro nie potrafię ich wdrożyć? I dziś, jak każdego poprzedniego dnia, pędzę, robię wszystko na tak zwany odpierdziel? Zmuszam się, żeby w końcu napisać coś porządnego na bloga. By przywrócić go do życia. Taki mam cel. 



Dlatego naprawdę chcę. Dlatego naprawdę zacznę. Zwolnię trochę. Będę robić mniej, ale dokładniej. Będę się bardziej skupiać. Dam z siebie więcej tak, wy coś z tej mojej pracy wynieść. By pamiętać wszystko, a nie tylko płynący coraz szybciej czas. Jak to zrobię? Jak tym razem będę okłamywać siebie? Aż w końcu jakie zmiany wprowadzę? 



Na początek wcale nie będę ograniczać mojej listy rzeczy do zrobienia do minimum. Powiem wam, że lepiej odpoczywam, gdy mam coś do zrobienia. Potrafię się wtedy bardziej zorganizować, aniżeli wtedy, gdy mam do zrobienia bardzo mało. Zmienię jednak coś w tych moich To Do Lists. Ustalę priorytety i jak przedszkolak będę zaznaczać kolorami poszczególne zadania. Najważniejsze - wiadomo, na czerwono. A potem gama kolorów powoli będzie zmieniać się w chłodniejsze tony. Dzięki temu będę wiedziała, co jest dla mnie najważniejsze i będę się mogła na tym maksymalnie (postaram się, od razu gór nie przeniosę) skupić. Jeśli wystarczy mi czasu, przejdę do tych ważnych mniej. I tak dalej. I tak dalej. 


To była jedna z metod. A kolejna? Zacznę dostrzegać to, czego nie widzę na co dzień przed ten mój pęd. Codzienne robienie zdjęć może pomóc. Powrót do biegania po lasach. Spacery. Przesiadywanie na dworze. Docenianie każdej krótkiej, ale przyjemnej chwili. To wszystko może, ale nie musi pomóc. Będę sprawdzać metodą prób i błędów, aż nie dotrę do tego, co chcę osiągnąć. 


A wy jak żyjecie? Zbyt szybko? Zbyt wolno? A może znalazłyście ten idealny tryb? 

6 komentarzy: